Ach, jeżdżenie na konwenty to nie byle co, prawda? Swego czasu zacząłem traktować jednak wiele wydarzeń tego typu, jako wtórne sobowtóry z tego samego wachlarza wzorów. Czułem przesycenie i znudzenie, gdyż zbyt wiele rzeczy pokrywało się wzajemnie i jedyny ratunek znajdowałem w przyjaciołach, dla których to zresztą często ruszałem się te dziesiątki kilometrów od domu. Dlatego właśnie miłym zaskoczeniem okazało się dla mnie Hikari 2019, konwent nie na tyle duży, by swoim ogromem zgnieść mnie natłokiem sal, i nie na tyle mały, aby skutecznie wynudzić mnie na śmierć. Samo wydarzenie odbyło się w dniach 30.08-01.09 w Poznaniu, w znanej już z zeszłorocznego TBAW (The Basement Asian Week) szkole Łejery, doskonale nadającej się na takie przedsięwzięcia. Inicjatorem natomiast była grupa konwentowa ConTrust, której członkowie dali z siebie naprawdę wiele, co, jak szczerze uważam, było widać wyjątkowo dobrze.

Początków czas

           Z pewnych przyczyn przyjechałem na konwent dopiero późnym popołudniem, kiedy już rzesze uczestników rozhulały się po szkole i sleepy zapełniły się z prędkością równą rzutowi się na łóżko po ciężkim dniu pracy. Nie wpłynęło to ani trochę negatywnie na moje początkowe odczucia. Suma tak pozytywnej energii emanującej z tych wszystkich ludzi była cudownie pokrzepiająca. Pognałem jak burza, by przejść przez proces akredytacyjny i mijając medialny sleep, gdzie zostawiłem swoje walizki, udałem się w miejsce, które od samego początku było moim celem — pole namiotowe!

           Przyjaciele prężnie rozstawili już nasz nowy dom, natomiast na mnie za spóźnienie czekało ręczne pompowanie naszego materaca. Ach, czego się nie robi w rytm openingu do Dumbbella, czyż nie? W każdym razie, po solidnym podejściu — napompowałem. Przyszedł po tym moment na to, aby zwiedzić ten klimatyczny conplace. Wpierw obszedłem szkołę dookoła, gdzie poza samym wejściem i małym parkingiem czekała mnie rozległa przestrzeń z placem zabaw oraz boiskiem, standardem na te szkolne warunki. W okolicy był olbrzymi, klimatyczny park, a nieco w oddali odnaleźć można było zarówno pizzerię, jak i Żabkę. Do najbliższego supermarketu także było niedaleko, więc o zapasy nie było się co martwić. Prawdę mówiąc, już to mnie zadowoliło.

Jest tego więcej!

           Także w środku było względnie dobrze, ścisku praktycznie się nie czuło, a przejście z jednego punktu do drugiego znacznie ułatwiło wewnętrzne podwórze, którego większość drzwi była otwarta cały czas. Miejsce te było też o tyle ciekawe, że wypełnione zostało leżakami, które nie ukrywam, pochłonęły mnie czasami na dłuższą chwilę, wśród kojących promieni ciepłego słoneczka. Tym lepiej jednak spędzało się tutaj czas ze znajomymi — lokacja w sam raz na gorące pogawędki i… ekhem, inne rzeczy (lecz nie myślcie sobie za wiele). Wokół tego wszystkiego znajdowała się kulminacja innych ciekawych miejsc. Z jednej strony gameroom, gdzie poza dumnie rozchwytywaną VRką było też wiele stanowisk nowszych konsol, a z drugiej, tuż obok, pokój z grami muzycznymi, w którym to aż roiło się od różnych sprzętów do sprawdzenia swojego refleksu. Nie wspominam już o oczywistym i wiecznie okupowanym pokoju z Ultrastarem. Żadne z nich mnie nie zawiodło i wszędzie spędziłem równie przyjemnie czas, gwarantując sobie wiele miłych wspomnień (i od czasu do czasu śmierci w Dark Souls 3 na jednej z konsol). Nieco naprzeciw, po drugiej stronie dziedzińca, znajdował się backstage, gdzie prężnie działało fotostudio wraz z plejadą czekających na zdjęcia cosplayerów.

           Wspomnę także o Wiosce Naruto, bardzo starannie wykonanej, lecz w moim mniemaniu niezbyt zachęcającej do odwiedzenia, bo poza chwilową kontemplacją rekwizytów, nie dała mi zbyt wiele możliwości, dla których miałbym chęć zatrzymać się tam na dłużej. Kto wie, może odpowiada za to mój brak zainteresowania tą serią? A może inna rzecz? Czułem jednak, że potencjał tego miejsca nie został w pełni wykorzystany. 

           Ostatecznie idąc w kierunku wystawców, wszystko było po drodze, nie wykluczając kawiarenki z naprawdę smacznym jedzeniem w całkiem przystępnych cenach. Szczególnie zapadło mi w pamięć onigiri, nad którym mógłbym się zachwycać przez resztę relacji! W menu standardowo można było znaleźć także inne, czołowe smakowitości kuchni azjatyckiej, na przykład sushi, czy chiński makaron. Dodały one temu konwentowi kolejnego, pozytywnego akcentu, a mnie, głodnego redaktora, skutecznie przekupiły. 

Panie Wystawco, a dotykać można?

           Oczywiście! Relacja pomiędzy kupującymi a sprzedającymi była bardzo przyjazna, bez przeszkód można było dowiedzieć się, czego trzeba, a nawet przytulić pluszaka. Brak napięcia odczuwalny był tak mocno, że cieplej się na sercu robiło, przechodząc wśród stoisk. Sam ostatecznie pochwyciłem dla bliskiej mi osoby wielkiego, pluszowego chomika, który był jakby uosobieniem wszelkiej radości tego konwentu. U samych wystawców rzeczy było wiele, począwszy od figurek, gadżetów i przypinek, następnie poduszek, pluszaków, mang i… rpgów z kucykami, a kończąc na własnych produktach, często w słodkiej otoczce, słodyczach i nie tylko. Zapewne każdy mógłby znaleźć coś dla siebie, choć przyznam, że zabrakło mi nieco bardziej popularnych,  growych akcentów wśród nich. 

           Wokół tego wszystkiego był także punkt, gdzie sprzedawano Bubble Tea. Co ciekawe, nie ograniczało się to do typowych kombinacji, bo co odważniejsi mogli wymieszać swoje ulubione kulki z… kawą! Ona natomiast sprzedawana była w paru wariantach smakowych, co dostatecznie sprawiło, że kolejka rzadko kiedy się kończyła. Próbowałem i przyznam, że była niezła, choć od posmaku domowej kawy już mi się zdarzyło odwyknąć. Zabrakło do tego wszystkiego tylko kruszonego lodu z syropami. Czasami słońce doskwierało i taka ochłoda znacznie uprzyjemniłaby mi czas. Nieco obok wejścia znajdowało się jeszcze stoisko z herbatką, zupkami, a co najważniejsze — czajnikiem. Choć nie korzystałem, to zapewne w ramach konwentowej usługi czy drobnej zapłaty można było się tam zaopatrzyć w najpotrzebniejsze rzeczy. 

O samych atrakcjach słów kilka

           Wrażenie, choć niekoniecznie wielkie, zrobiły na mnie prelekcje. Było ich parędziesiąt, a ulokowane były w paru salach i zazwyczaj co godzinę przynajmniej kilka naraz miało miejsce. Większość z nich podszyta była właśnie kulturowym, azjatyckim aspektem (pojawił się nawet tłumacz mang z j. jap. Paweł Dybała!). Choć nie byłem na wszystkich, to przyznam, iż te, które widziałem, trzymały poziom. Najbardziej dumny jestem jednak z dość udanej konkurencji odgadywania serii po ostach z anime, gdzie wraz z przyjacielem sprawdziliśmy się nad wyraz dobrze. Tego typu konkursy jednak zatoczyły niepokojący spadek na panelu konwentowego Jeden z dziesięciu, gdzie sromotnie obiłem się przed zwycięskim trio i zmarnowałem swoje szanse na wprawdzie prostych pytaniach. Na pocieszenie, to była piekielnie dobra zabawa.  

           W międzyczasie wybrać się można było także pograć w gry planszowe. Na wielu konwentach ich ilość jest ograniczona, a tutaj, szczerze przyznaję, iż było ich naprawdę dużo. Przechodząc obok pomieszczenia praktycznie zawsze można było kogoś znaleźć, a widok przez szyby na dziedziniec dodawał temu miejscu uroku.

           Na wspominki należy wziąć także Urodziny Hatsune Miku, wydarzenie zaplanowane przez głównego administratora Vocaloid Polska, Senka! Przybyło tam wielu cosplayerów jubilatki, a sama celebracja miała miejsce w wewnętrznym podwórzu, wśród masy gadżetów i merchu związanego z naszym niebieskowłosym vocaloidem. Były balony, było Piccolo, a nawet Trele Morele. Wszystko natomiast podsumował pyszny, niebieskawy tort z autorską grafiką Hatsune Miku. Zarówno od ludzi, jak i Suchara wręczającego przybyłbym walutę konwentową, czuć było, że udało się zorganizować coś naprawdę wspaniałego dla tego fandomu, tym bardziej w naszej skromnej, konwentowej społeczności. 

           Konkurs Cosplay moi mili to także była niespodzianka. Konferansjerem został człowiek znany ze sztuki rakugo i nawet wszystko zaczęło się zgodnie z czasem. Niby słowa konwent i udane, bezproblemowe rozpoczęcie konkursu cosplay się wykluczają, ale nie tym razem! Wszystko przebiegło jak z płatka. No… może poza galą wręczenia nagród, ale to i tak drobna skaza względem całości atrakcji. Zwycięstwem za najlepszą scenkę poszczycić się mógł Piotr Quell, jako Dovahkiin z TES V: Skyrim. Reszta występów także była ciekawa, ale i mnie najbardziej urzekło smocze dziecię, z którym w grze przeżyłem tysiące godzin, ataków smoków i strzał w kolano. Nieco później, po konkursie, zaczęły się Waifu Warsy, w swojej nowej, ulepszonej konwencji. Relację stamtąd jednakże pozostawię dla siebie, a Was zachęcam, przy dużej odporności na specyfikę fandomu i wyrozumiałości, by zobaczyć to na własne oczy, jeśli będzie taka możliwość w przyszłości. Tylko wtedy obiektywnie ocenicie, czy przemawia tutaj prym szlachetnej idei wiary w to, co się kocha, czy próby odnalezienia się w szarej rzeczywistości naszego surowego świata.

Moje przemyślenia

           Z pewnością jest o wiele więcej rzeczy, które każdy w swoim mniemaniu widział jako te, o których warto by się jeszcze wypowiedzieć. Sam myślę, że Hikari to konwent dość osobliwy, bo stara się pokazać z takiej strony, gdzie uczestnik kupujący usługę dostaje bardzo profesjonalną jej realizację. Tutaj objawiło się to w ściśnięciu wielu atrakcji, aktywności i ludzi w jednym, proporcjonalnie dostosowanym do tego miejscu, co doprowadziło do niesamowitego efektu nasycenia się zawartością. Jestem szczerze zdziwiony, bo początkowo nie spodziewałem się, że ConTrust sprawi mi tak dobrą zabawę, ale stało się i kompletnie nie żałuję, że uczestniczyłem w ich wydarzeniu. Ciężka praca Helperów, Koordynatorów i Organizatorów wywalczyła konwentowi bardzo udany start na drodze do rozwoju w przyszłych latach i będę dumny, jeśli dane mi będzie obserwować, jak stają się jeszcze lepsi w tym, co robią. 

           Oczarowany tym konwentem, próbowałem doszukać się jakichś wad, by nie było tak pięknie. Jednakże moje dobre, rozgrzewające wspomnienia z tamtych dni nawet teraz znacznie mi to utrudniają, wobec tego zamknę się w tym, co Wam przedstawiłem i oddam się czemuś znacznie przyjemniejszemu, niż generowanie wymyślnych problemów — wygodnemu spanku. 

           Dziękuję, że dotrwaliście aż tutaj! Mocno mnie to cieszy. Zapraszam także do naszej fotorelacji z wydarzenia na facebooku. Z pewnością trochę zobrazuje moje słowa!

To była relacja z Hikari 2019, a napisał ją dla Was Retyk