Mieszkając w Bielsku od urodzenia, stwierdzam, że organizacja wydarzeń o tematyce fantasy, bądź anime nigdy nie była czymś typowym dla tego miasta. Od 2014 roku i ostatniej edycji Polconu zapadła cisza. Trwała ona do momentu, aż pojawiło się wydarzenie o nazwie Becon. Czym ono jest? Z czym się je? Czy w ogóle to się je? Aby odpowiedzieć na te pytania, postanowiłam zawitać na wspomnianą imprezę i poddać ją stosownej ocenie.

Wszystko zaczęło się w sobotni poranek. 29 września chmury płynęły spokojnie po niebie, przysłaniając słońce, a zimne powietrze co jakiś czas uderzało w moją osłoniętą szalikiem twarz. Mimo to, z ogromną determinacją i podekscytowaniem, wyruszyłam w podróż… Autobusem, który zawiózł mnie do centrum miasta, skąd pieszo przedostałam się do budynku Wyższej Szkoły Administracji w Bielsku-Białej. To tam odbywał się wspomniany konwent fantastyki — Becon.

 

Początek i wprowadzenie

Kiedy weszłam do środka, pierwszym co zauważyłam, były wielkie schody prowadzące do stoisk z różnymi przysmakami, ciekawymi rzeczami nawiązującymi do różnych fandomów oraz stoisko informacyjne, którym opiekowali się wolontariusze konwentu. Oczywiście, bez żadnego ogarnięcia, wyruszyłam w dalszą drogę po budynku, po chwili orientując się, że nawet nie wiem, gdzie i od czego zacząć. Zawitałam więc jednak na stoisko informacyjne, gdzie otrzymałam broszurkę z opisami atrakcji na dwa dni, numerami sal, stoisk oraz plan budynku, dzięki któremu łatwiej było mi się poruszać po konwencie.

 

Beconowe atrakcje

Po zajrzeniu do ulotki nie mogłam uwierzyć, jak duży wybór dali nam organizatorzy. Turnieje, prelekcje, inne rozrywki, tyle możliwości spędzenia tego czasu! O godzinie 10:00 ruszył blok LARPOWY, który szczególnie przyciągnął moją uwagę. Szybko otrząsnęłam się, spojrzałam na zegarek i pomknęłam do sali, w której od 10 minut trwał wykład.

 

LARPowe smaczki

Zapukałam do sali 28, przeprosiłam za spóźnienie i zajęłam swoje miejsce. Ze względu na godzinę publika nie była zbyt duża, mimo to Dracan, doświadczony larpowiec i prowadzący wykład, z pasją w oczach opowiadał o swoim hobby, a nawet, jak sam powiedział, sposobie na życie. Zaczął od wytłumaczenia, czym tak właściwie larp jest. Opowiadał o tym, gdzie można wziąć udział we wspomnianej grze, od czego powinno się zacząć i co należy przygotować, aby szybko nie odpaść z całej zabawy. Prowadzący pokazywał również filmiki z tego typu wydarzeń, dzielił się swoimi doświadczeniami i z chęcią odpowiadał na każde pytanie, jakie zadała publiczność. Przed wykładem miałam małe pojęcie o larpach, a tuż po zastanawiałam się, czy sama nie spróbować wziąć udziału w takiej grze! Zdecydowanie pierwszy wykład wywarł na mnie pozytywne wrażenie. Co dalej?

 

Becon czy Spaghetti?

Kolejnym punktem na liście była iście smakowita lekcja na temat… Pastafarianizmu. Weszłam do sali nr 15, zasiadłam w drugim rzędzie i zaczęłam rozglądać się dookoła. Moją uwagę przykuł pluszowy potwór Spaghetti, który siedział na biurku i spoglądał na całą salę. Poczułam, że to będzie świetny wykład. Prowadziły go 2 osoby, z czego jedna z nich rozdawała naklejki, przypinki oraz ulotki dotyczące węglowodanowego bóstwa. Dowiedziałam się różnych ważnych rzeczy na temat naszego świata i Jego Makaronowatości. Skąd wziął się Pastafarianizm, dlaczego mamy globalne ocieplenie i jak to się stało, że na naszym świecie pojawił się… dziobak. Tak, dokładnie, dziobak. Zapoznano nas również z 8 „Naprawdę wolałbym byś nie…”, czyli wskazówkami od Potwora dla nas. Pokazano nam również, co pastafarianizm oferuje w życiu po śmierci (wulkany piwa i słodkie kotki czy pieski, to zdecydowanie zachęcająca wizja). Prowadzący byli bardzo pozytywnymi i otwartymi ludźmi, przede wszystkim chętnie odpowiadali na pytania publiczności, dzielili się swoimi doświadczeniami i początkami w Kościele Latającego Potwora oraz opowiedzieli, jak podchodzą do swojej religii i jak działa jej wspólnota. Na koniec prelekcji można było podejść i dotknąć macki węglowodanowego zbawcy, a nawet go przytulić, czy zrobić sobie z nim zdjęcie. Niesamowite doświadczenie.

 

Jak tak naprawdę może wyglądać twoja misja jako… Ninja? Czym ja w ogóle walczę?!

Po makaronowym wykładzie wybrałam się na blok ninja, gdzie prowadzący razem z publicznością uśmiercał… Shoguna. Otóż to, każdy ze słuchaczy miał za zadanie wcielić się w ninję, który pracuje na zamku pod przykrywką kucharza, a jego misja to zabić władcę i jednocześnie samemu ujść z życiem. Teoretycznie znamy tę historię z nie jednego filmu, lecz okazuje się, że są to bardzo wyidealizowane scenariusze. Cała sala wytężała umysły, przedstawiała różne możliwości, a prelegent wysłuchiwał ich. Po 15 minutach intensywnego myślenia, rzucania pomysłów i irytowania się na prowadzącego, który bezlitośnie uświadamiał nas, co może pójść nie tak, w końcu znaleźliśmy złoty środek, który zakończył naszą misję z powodzeniem. Po spiskowaniu pokazano nam jaką bronią posługiwali się ninja, co się sprawdzało najlepiej i jak należało daną rzeczą walczyć. Zaprezentowano również łatwe triki walki mieczem i zachęcano do powtórzenia ich razem z prowadzącym (sama spróbowałam, ale powiem szczerze, że katana to raczej nie moja bajka…) Na ten blok powracałam często, świetnie się tam odnajdywałam, dowiedziałam się, że nie tylko mnie zainteresował temat japońskich wojowników, bo nawet jeden z oglądających występ postanowił zakupić miecz i próbować nauczyć się czegoś więcej na własną rękę. To chyba odpowiednie podsumowanie tej atrakcji.

 

Polskie Metro 2033

Następnym spotkaniem, w którym uczestniczyłam była rozmowa z Pawłem Majką, autorem książki rozgrywającej się w uniwersum Metra 2033, której akcja toczy się w Krakowie. Autor rozmawiał z dwójką prowadzących, którzy zadawali mu pytania, lub oddawali głos publiczności. Sama chętnie brałam udział w dyskusji z Panem Majką, który odpowiadał na moje liczne pytania i opowiadał o tym, jak książka powstała, skąd pomysł na umieszczenie akcji w Krakowie i jak podchodzą do tego mieszkańcy miasta. Rozmowa z pisarzem była bardzo interesującym punktem Beconowego programu.

 

Odwiedziny w dwóch różnych światach

Po spokojnym wykładzie zapragnęłam wrażeń, więc wybrałam się na stanowisko RPG, gdzie rozpoczynała się gra w 2 edycję Warhammera. Weszłam do sali i spoglądałam na przygotowania uczestników, sama niestety nie mogłam wziąć udziału z powodu utworzonej już drużyny, aczkolwiek jeden z doświadczonych graczy podszedł do mnie i zaczął tłumaczyć, na czym to polega i jak zaczyna się przygodę w świecie Warhammera.

Podekscytowana spoglądałam na akcję rozgrywającą się przy stole i wsłuchiwałam się w rozmowy graczy, przez co jeszcze bardziej zapragnęłam w przyszłości spróbować swoich sił w świecie papierowych RPG-ów.

Po odwiedzinach na bloku RPG przeniosłam się do świata Śródziemia, czyli do sali Tolkienowskiej. Tam spędziłam chwilę, oglądając przebrania prowadzących i słuchając porównań filmów z książkami z serii Władca Pierścieni. Spotkałam ludzi wiedzących praktycznie wszystko o uniwersum stworzonym przez Tolkiena, co zrobiło na mnie ogromne wrażenie.

Przyjacielska rywalizacja

Być na konwencie fantasy i nie zagrać w żadną grę? Niemożliwe. Razem ze znajomymi po wysłuchanych prelekcjach chcieliśmy zwieńczyć udany dzień rundką w Hearthstone. Otworzono nam salę specjalnie do tego przeznaczoną i zaczęła się walka. Podzieliliśmy naszą czwórkę na zespoły po 2 osoby. Przytrafiło mi się stanowisko z kartami zaawansowanego gracza, przez co razem z moim sojusznikiem mieliśmy przewagę, aczkolwiek nasi przeciwnicy otrzymali pomoc osób grających praktycznie od samego początku, przez co, niestety, ponieśliśmy klęskę… No cóż, mimo wszystko dodało mi to nie lada emocji i energii, dzięki czemu zakończyłam swoją podróż po konwencie z dobrym humorem.

 

Podsumowanie. W końcu zjadliwy ten Becon?

 

Przejdę już do podsumowania całego wydarzenia. Jako osoba lubiąca fantastykę świetnie odnajdywałam się na imprezie, spotkałam też ludzi szukających różnych rzeczy. Jedni chcieli popatrzeć, inni wypowiedzieć się, a jeszcze inni po prostu chcieli zaprezentować swoje pasje związane z fantastyką. Obsługa zawsze służyła pomocną dłonią, a prowadzący chętnie integrowali się z publicznością. Pierwszą serię tego konwentu oceniam na dobrze prosperującą, mam nadzieję, że w następnych edycjach poziom wzrośnie jeszcze bardziej i Becon ponownie mnie miło zaskoczy. Było to smakowite wydarzenie.