Tegoroczny Ryucon trwał w najlepsze w Krakowie, w dniach 17-19 sierpnia. Choć oddalony był dość daleko od centrum (ok. 11 przystanków), to, mimo pewnych problemów z internetową instrukcją dojazdu, dotarliśmy na miejsce w miarę szybko. A przed szkołą co na nas czekało? Otóż taki konwent superbohaterów, gdzie krzycząc Deku, przynajmniej trzy osoby odwrócą się w twoją stronę. Mimo to, na pierwszy rzut oka wszyscy bawili się wyjątkowo dobrze.

Standardowa zamiana słów z paroma przyjaciółmi…

Po tym chwilowa konfrontacja z resztą krewetkowej drużyny i już można było wchodzić z walizkami do środka. Akredytacja przebiegła sprawnie, choć ubolewaliśmy (tak, nie byłem tam sam, cały czas krążyliśmy w duecie) przez to, że nawet jeśli każdy kolor naszych super identyfikatorów był do wyboru, to smyczki do nich się skończyły i należało je zdobyć we własnym zakresie. Pewien niesmak pozostał, jednakże dodawany przy tym niezbędnik superbohatera z lekka ostudził nasze emocje i jak gdyby nigdy nic, znaleźliśmy się na miejscu wydarzenia w pełnej formie.

A co się działo po wejściu?

Z początku urozmaicony widok stoisk, gdzie leżały wszelakie japońskie słodycze i gadżety, natomiast naprzeciwko nich popularna Bubble tea i sklepik konwentowy. Tego ostatniego było szkoda, bo z relacji znajomych, punktów zdobyć można było wiele, a nagrody za nie w tymże miejscu nie przełożyły się na trudy i starania zbieraczy. Jednak z luźnej obserwacji mogę stwierdzić, że odchodzący stamtąd byli najczęściej zadowoleni. Nieco dalej standardowo: wielkie połacie mang, sprzęty elektroniczne, gry na konsole, własne wyroby, a także przypinki i rysunki. Co do tego ostatniego, znaleźć można było nawet mangowe odpowiedniki na szkle! Wyobraźcie sobie jaką radochę mieli ci, którzy swoje ulubione postacie znaleźli na szklanych kubkach, emocje warte zapamiętania.

Poza stoiskami…

Które zawsze znajdą dla siebie dogodne miejsce, by przyciągnąć żądnych gadżetów mangowców, były widoczne pewnego rodzaju strefy tematyczne, gdzie w zależności od planu lub odgórnego przeznaczenia działy się różne rzeczy. Z początku wielka sala gastronomiczna, gdzie dzielni kucharze (w tym nawet jedna krewetka podająca i zbierająca zamówienia!) trudzili się, jak mogli, by w miarę szybko zapychać głodne brzuszki konwentowiczów. Wyboru było co niemiara, szczególnie że stoisk było parę, a pozycje w ich menu znacząco się rozciągały. Ceny też, jak na konwent, były atrakcyjne, a nieobecni pasjonaci placków ziemniaczanych i sushi mogą poczuć wynikający stąd lekki zawód. Tuż obok natomiast znajdowała się strefa wypoczynku, gdzie poza otwartym 24h/dobę basenem były też hamaki, krzesła, kocyki i… Nocne kino plenerowe! Zamek Hauru chodził aż miło. Ci, którzy długo pracowali nad swoim strojem i widzieli dowód jego jakości w odczuciach innych uczestników, mogli oddać się na jakiś czas do foto studia, gdzie profesjonalni fotografowie, korzystając z dobrego sprzętu, uwieczniali ich kreacje.

Jest tego więcej!

Na wszystkie panele z góry na dół zaplanowane były specjalnie pod to przygotowane sale. Jeśli ktokolwiek chciał, mógł dzięki swojemu niezbędnikowi bohatersko rozplanować, na które prelekcje warto się wybrać, a dodam, że ich ilość była naprawdę duża! Człowiek warcab walczący z innymi warcabami? Polska kolej a japoński Shinkansen? Warsztaty z rysowania, wiedzówki, konkursy, opowieści i wskazówki dla dopiero co odnajdujących się w danym temacie, aż tchu nie starcza, by powiedzieć o tym na szybko. Ważne jest to, że wszystko, co wymienione działo się, a konwentowicze wnieśli w ten papierowy plan masę życia i radosnych wspomnień. Nawet ja, leniwa krewetka turlająca się, znalazłem w sobie siłę późną nocą, by pierwszy raz w życiu zmierzyć się w sali Basemenetu z VR, i wiecie co? Okazało się, że jestem w jego używaniu beznadziejny, a mimo wszystko ucieszony jak bóbr przełamałem senność i z innymi krewetkami poszliśmy poznawać nocne zagajniki konwentowego splendoru. Na szczęście ratować nikogo nie było trzeba, a w sleepie miejsca wystarczyło dla każdego. Zarówno my, medialni, jak i inni współuczestnicy, cieszyliśmy się szkolnymi warunkami wedle woli. Kontakt między nami wisiał na ścianie i prężnie służył czajnikom i tosterom, bohaterom niejednej osoby podczas tego wydarzenia.

Przedstawienie warte wyczekiwania

Nieco wcześniej, także wieczorem, wszyscy zebraliśmy się na Mainie, wielkiej sali gimnastycznej, gdzie zaplanowany był konkurs cosplay. Krewetki rozstawione? Kamery włączone? To można zaczynać. Jednak chwila, organizatorzy byli nawet na tyle mili, że pozostawili naszym operatorom kamer kilka butelek wody, za co ogromne dzięki, bo z emocji było czasami naprawdę gorąco. Występy trwały około 2 godziny i łącznie było ich z dwadzieścia! Ile tam było przeżyć, ile wysiłku włożonego w odtworzenie swoich skrzętnie planowanych scenariuszy, to wszystko widzieliśmy na żywo, a jednocześnie cieszyliśmy się z całą widownią przy naszych subiektywnych faworytach. Zwycięzcy na długi czas zostaną w serduszkach uczestników. Z mojej strony, choć prowadzący porwał publikę, to jury, nieprzedstawione właściwie do samego końca, wydawało się bytem nieco abstrakcyjnym w odniesieniu do ich roli w nagradzaniu uczestników konkursu.  

Niedziela konwentowa minęła jak z płatka

Ledwo co się obudziliśmy, a ludzie na korytarzach stawali się coraz bardziej niewidoczni. Kto wie, czy to nie dlatego, że w nocy posiedli jakąś osobliwą super moc? Pewne natomiast jest to, że rano wchodząc do sal prelekcyjnych, można było odnaleźć tych, którzy chcą wykorzystać konwent do samego końca. Nie trwało to jednak długo, była konkretna godzina, do której należało się ewakuować ze szkoły. Z tego powodu po obejściu paru miejsc z panelami, trzeba było powoli zabrać walizki i ostatni raz przejść się po terenie szkoły konwentowej. Nie powiem, że wzbudziło to same pozytywne uczucia, ale świadomość piekielnie dobrze spędzonego czasu stawiała na nogi w każdych warunkach.

Podsumowanie

Myślę, że Ryucon 2018 potrafił zachwycić. Do tego z czasem relatywnie wybijał się pozytywnymi odczuciami. Nie ominęło mnie parę przykrych sytuacji, jak rozwalenie się torby i zamka, czy nagłe i tajemnicze oblanie moich towarzyszy wodą z basenu, ale w gruncie rzeczy pod natłokiem tych dobrych przeżyć można zakopać tamte głęboko pod ziemią. Pomoc helperów także zasługuje na wzmiankę, bo na jedno zawołanie, gotowi byli przyjść wszędzie, gdzie trzeba i w razie czego poratować, chociażby sprzętem do napraw.  

Trzymam kciuki, drodzy Czytelnicy, by na myśl o czasie spędzonym na Ryuconie 2018, dopadała was rozgrzewająca w środku nostalgia. Do następnego!