watcon piątek trzynastego

Lipiec kojarzy nam się ze słońcem, odpoczynkiem i wakacyjnym szaleństwem. Podobnie jest w przypadku letnich konwentów, które nastrajają wszystkich dawką pozytywnej energii… Do czasu kiedy słodycz zabawy zastępuje prawdziwe oberwanie chmury – co miało miejsce podczas tegorocznego Watconu. Dosłownie i w przenośni.

Piątek trzynastego. Jako dzień startowy dla eventu, wzbudził we mnie mieszane odczucia. Do przesądnych ludzi nie należę, jednak zdaniem osób bardziej zabobonnych wspomniana data związana jest z czymś pechowym lub paradoksalnym. Coś w tym musi jednak być, gdyż w przypadku ostatniego Zielonogórskiego konwentu aż chciało się zakrzyknąć…

– O nie, Grażyna, somsiad miał rację!

Brzmi strasznie? Możliwe, jednak nadal nie tłumaczy mojego zmieszania. Przejdę zatem do rzeczy.

Na kilka dni przed startem, regularnie śledziłam wszelkie social media związane z tytułowym eventem. Oficjalny fanpage obfitował w różne newsy, zapowiedzi i dopiero na 3 dni przed startem dodano tam link przekierowujący na stronę główną wydarzenia. To właśnie na niej można było dokładnie sprawdzić, kto będzie głównym gościem konwentu, jakie rozrywki przygotowano dla potencjalnych uczestników, jak prezentuje się mapa obiektu, gdzie znajduje się sam budynek, w którym zaplanowano całą imprezę oraz jak prezentuje się lista tegorocznych partnerów i wystawców.

W sekcji dojazdu zabrakło mi konkretnej informacji – jakimi autobusami można dostać się do szkoły konwentowej, tudzież noclegowej. Na stronie nie mogłam znaleźć dokładnej informacji, gdzie mieści się miejsce noclegu. Ponadto w dziale z listą atrakcji brakowało konkretnej rozpiski – co dokładnie ma miejsce – samo wypisanie nazw, nie stanowi bowiem dobrej zachęty do uczestniczenia w wybranych aktywnościach.

Aplikacja miesiąca?

Watcon w ramach 6 edycji miał po raz pierwszy trwać ponad dwa dni. Zgodnie z Facebookowymi nowinami, zaskoczeniem dla wszystkich uczestników miało być… udostępnienie smartfonowego udogodnienia, dedykowanego temu wydarzeniu. Mowa o aplikacji pełniącej rolę informatora konwentowego, dzięki której bez trudu każdy mógłby się zorientować, jak wygląda dokładny plan atrakcji w poszczególnych dniach. Ciekawy pomysł, choć niedorobiony, gdyż po drobnej burzy ze strony osób śledzących wydarzenie, okazało się, iż wspomniany program… działa jedynie na telefonach z systemem Android! Miłośnicy Steve’a Jobsa i Ryukowych jabłek mogli zatem cmoknąć organizatorów w d… dużą watę i zdać się na klasyczne metody orientacji na terenie konwentu.

Fatum piątku 13-stego.

Zakończywszy przekopywanie internetu, zebrałam się do całości i o godzinie 15:00 zawędrowałam pierwszego dnia na ulicę Fabryczną 13b, celem odebrania wejściówki. Napotkałam od razu kolejny absurd: Lista dla akredytacji medialnej nie istniała. Otrzymałam więc na starcie błędny typ identyfikatora od niczego nieświadomych pracowników, zaś ci zapytani przeze mnie o mapkę obiektu i papierowy harmonogram (czyli tzw. “pakiecik każdego konwentu” dorzucany do wejściówek), wzruszali nieznacznie rękoma. Standardem jest dla mnie zadawanie wielu pytań. Tym oto sposobem dowiedziałam się, że jedyną osobą mogącą mi udzielić konkretnych informacji jest główny organizator, natomiast reszta ludzi, funkcjonujących jako patrol lub orgowie, albo nic nie wie, albo nie ma pojęcia gdzie mnie przekierować.

Najwyraźniej Wróżki Klaudynki w swoich przepowiedniach zawarły jakieś ziarnka prawdy, gdy mowa o najbardziej pechowym dniu. Brak konkretnych informacji od orgów nie poprawiał mojej sytuacji – gdy rozładował się mój telefon. Z opresji jednak wyrwali mnie życzliwi uczestnicy zabawy, którzy słowo po słowie nakierowali mnie na to, jakich atrakcji mogę spodziewać się pierwszego dnia, co i gdzie się znajduje i jakie zmiany przyszykowano w ramach tegorocznego wydarzenia. Gdyby nie oni, miałabym problem – chociażby z racji ledwie widocznych oznaczeń, podoklejanych między budynkami.

Nie każdy uczestnik musi posiadać telefon z androidem. Tak samo nie wszyscy siedzą “na łączach”, kiedy przyjeżdżają na dany konwent z racji swoich pasji i innych ludzi. Zakładając, że spora część konwentowiczów odstawia elektronikę na bok, okaże się, że tradycyjne rozwiązania w postaci papierowych informatorów – są niezbędne w ramach pakietu startowego. Ponadto rzetelne tworzenie listy uczestników z podziałami również może okazać się przydatne – chociażby ze względów bezpieczeństwa.

Namierzanie rozpoczęte a wraz z nim…

Poszukiwania odpowiednich sal. Około 2,5 godziny poświęciłam na szczegółowe sprawdzenie wszystkich budynków i przeprowadzenie kilku kluczowych rozmów. Na pewno brakowało mi już na starcie bardziej harmonijnego układu – gdyż na niewielkiej przestrzeni, osoby odwiedzające teren konwentowy musiały lawirować między budynkami – jeżeli zależało im na tym, by wszystkiego doświadczyć.

Główny ośrodek życia towarzyskiego witał wszystkich na wejściu kanapami usytuowanymi gdzieś z boku oraz trzema możliwościami wyboru drogi. Tak oto w większej sali na lewo miałam widok na wszystkie stoiska sprzedażowe (i również turniejowe, jak potem się okazało). Kierując się w prawo – można było odwiedzić orgroom.

Trzecią drogą natomiast była możliwość wejścia po schodach (usytuowanych na przeciwko od wejścia), dotarcia na pierwsze piętro – i tym samym natrafienia na dwie sale prelekcyjne i prowizoryczne foto studio. W praktyce wystarczyło zgodnie z oznaczeniami udać się na lewą stronę piętra – wprost do oznaczeń sali numer 1 i numer 2 (gdzie ustawiono monitory, laptopy, kanapy i to miało dawać efekt sal – po przeciwnych stronach piętra), tudzież prawą stronę (gdzie witały nas krzesełka, powieszone na ścianie i rozciągnięte po ziemi prześcieradło) oznakowaną jako foto-studio.

Opuszczając wspomniany wyżej przybytek, miałam możliwość podążenia za palmami (czyt. do budynku znajdującego się obok, przed którym stały sobie wspomniane drzewka) lub zejścia do podziemi (usytuowanych po lewej stronie od głównego wejścia). Każdy uczestnik kierujący się w stronę palm, trafiał do przybytku wypełnionego konsolami, stanowiskami typu DDR lub VR, co na pewno mogło stanowić gratkę dla każdego gracza i miłośnika technologii. Wspomniane podziemia stanowiły natomiast raj dla bardziej tradycyjnych geeków lub nerdów – gdyż oferowały uczestnikom wybór wielu gier planszowych do wypożyczenia, wraz z jedzeniem – gdyż stanowiska do grania i konsumowania prowiantu sąsiadowały ze sobą.

Sprawdziwszy wymienione wcześniej lokacje, musiałam cofnąć się do bramy wjazdowej (będącej wejściem na sam teren konwentu), aby sprawdzić ostatni budynek. To właśnie w nim znajdował się tzw. mainroom, serce cosplayowej rywalizacji i mekka fanów UltraStar’a. Prócz stanowiska dla graczy, małej sceny usytuowanej gdzieś w lewym rogu sali, całość przestrzennego pomieszczenia przypominała opuszczoną, zaciemnioną stodołę. Dziwnie było wyobrażać sobie potencjalny konkurs kostiumowy w takim miejscu, jednak nie można niczego oceniać po pozorach. Po ogólnym spacerze, przyszedł czas obalania mitów i dowiedzenia się, o co na tym konwencie tak właściwie chodzi.

Pan Waciak?

Watcon jest jedną z młodszych inicjatyw w konwentowym światku. Zawsze organizowany przez niecałe dwa dni, stanowił bardziej lokalną formę integracji dla fanów japońskiej popkultury. Wielu stałych uczestników z sentymentem wspominało mi o tym, jakim szokiem kiedyś było to, że czasem pojawiali się na poprzednich edycjach uczestnicy z bardzo odległych części Polski. Doszło do przełomowej zmiany, dzięki której lubuski konwent po raz pierwszy miał trwać aż 3 dni, stąd już wyżej wspominałam o szkole noclegowej. To jednak nie jedyna rewolucja do jakiej doszło w tym roku.

Jak dowiedziałam się od weteranów organizacyjnych, impreza ta od samego początku istnienia miała być najsłodszym krajowym konwentem. Maskotka pojawiająca się na starych plakatach – Pan Waciak – stanowi znak rozpoznawczy imprezy wśród lokalnych uczestników. Symbolizuje on watę cukrową – która, rok w rok, jest stałą atrakcją, zaspokajającą głód miłośników cukru. Podczas szóstej edycji, miałam wrażenie (przeanalizowawszy materiały z tych poprzednich rzecz jasna), że Pana Waciaka zabrakło w materiałach reklamowych – zdominowanych przez futurystyczne motywy, mogące nam przywodzić na myśl GITS, Overwatch’a czy Evangelion’a.

Niepozorna plamka puchatości w postaci Pana Waciaka, widoczna była na identyfikatorach, przypominających kratki od klimatyzacji, gdy mówimy o designie. Każdy uczestnik na wejściu dostawał przypinkę… na której widniała żeńska postać z futurystycznych materiałów reklamowych. We wszystkich budynkach, jakie widziałam, nie uraczyłam żadnych dekoracji i klimatycznych elementów. Nic nie nawiązywało również do klimatów SF czy cyberpunk. Podstawowe oznaczenia były bardzo proste, ale brakowało odpowiedniego klimatu – albo w zgodzie z duchem cukrowej puchatości, albo zgodnie z bieżącym motywem przewodnim.

Wata niejedno ma imię… lub smak!

Na szczęście miano najsłodszej imprezy było formą koła ratunkowego – gdyż organizatorzy postawili na ciekawą ofertę smaków waty cukrowej. Tak, moi drodzy – na terenie konwentu można było zajadać się watą cukrową, serwowaną z maszyny za darmo (sic!) i na życzenie wzbogacaną o wybrane smaki. Osoby pełnoletnie mogły więc konsumować watę cukrową o smaku whiskey, a młodsze wybierać między takimi wariantami jak arbuz, guma balonowa, cola lub mięta. Sama przetestowałam każdy możliwy wariant w formie mieszanej, obserwowałam proces tworzenia takiego smakołyku i za to przyznaję organizacji plus – gdy mówimy o tworzeniu fajnej gratki dla ludzi i podtrzymywaniu w ten sposób dobrej atmosfery na konwencie.

Deszcz na betonie (?)

Wszystko co dobre, ma jednak ograniczony czas. Późnym popołudniem nad Zieloną Górą zebrały się deszczowe chmury. Konwentowicze zaskoczeni nagłym deszczem, musieli podarować sobie słodką przekąskę w formie waty cukrowej i robienie zdjęć w plenerze. Pozostało mi więc w tym wypadku uczestniczyć w panelach, sprawdzić ilu ludzi pojawiło się na konwencie i co dobrego można tam zjeść. Mój wybór padł więc na podziemia.

Zgodnie z informacją na oficjalnej stronie, konwent miała nawiedzić Księżycowa Kawiarenka pełna pokojówek, jednak okazało się, że doszło do pewnej zmiany planów. W sekcji obok planszówek zastałam zupełnie inny typ stoiska z jedzeniem. Osoby odpowiedzialne za jedzenie i gry planszowe, należały do grupy Pod Żurawiami i zgodnie z ich informacją wspomniane Maido Cafe – miało pojawić się dopiero w sobotę. Co więcej, nie tylko mnie to zaskoczyło – sądząc po reakcjach ludzi. Ponadto w spisie atrakcji figurowało zdjęcie z KK ulokowanym w podziemiach – co w pewien sposób podważa wiarygodność udostępnianych przez orgów informacji.

Pojawia się tutaj jednak plus w postaci wykładów prowadzonych w głównym budynku. Lolicie gry, RWBY, Death Note, Yandere Simulator – To zaledwie kilka tematów paneli, które miały miejsce pierwszego dnia w sali numer jeden. Dwójka oferowała w międzyczasie możliwość uczestniczenia w warsztatach AMV, zapoznawania się z pierwszymi krokami w cosplayu lub dowiedzenia się czegoś więcej na temat popularnego Final Fantasy.

Kto nie miał okazji być na jednych lub drugich wykładach, na pewno w sekcji ze stoiskami mógł natknąć się na biblioteczkę konwentową – dzięki której wiele osób miało okazję wypożyczenia ulubionych mang i przeczytania ich przy akompaniamencie deszczu na betonie. Nieopodal biblioteczki mieściło się również stanowisko z grą Magic The Gathering – gdzie wprawni gracze mogli zapisać się na sobotni turniej i w piątek wstępnie poćwiczyć swoją strategię.

Po kablu – do internetu!

Jeżeli ktoś miał ochotę odłączyć się od ludzi i zamknąć w wirtualnym świecie, wystarczyło powrócić do budynku z palmami – tzw. Konsolroomu. Właśnie w nim ekipa The Basement oferowała wszystkim m.in możliwość gry w Beat Saber w ramach technologii VR. Wiele osób próbowało swoich sił również na macie tanecznej czy przy takich klasykach konsolowych jak Naruto Ultimate Ninja Storm. Co ciekawe – chyba deszcz okazał się być dobrym zwiastunem, gdyż każde miejsce do którego zawędrowałam już w godzinach wieczornych, pełne było ludzi. Zdaniem jednej z organizatorek – piątkowa frekwencja przekroczyła oczekiwania orgów, co stanowi pozytyw – po mimo wcześniej zaistniałych wpadek.

Na terenie obiektu można było przebywać do około drugiej w nocy. Po tej godzinie wszyscy musieli rozejść się i udać do punktu noclegowego.

Sobotnia walka z czasem…

Tak można opisać w skrócie kolejny dzień na Watconie. Każdy spodziewał się bowiem konkursu cosplay, turniejów i wielu innych atrakcji przewidzianych aż do późnego wieczora.

Sporo emocji wiązało się z przebiegiem drugiego dnia, głównie za sprawą gości specjalnych. W przypadku cosplayu można było spotkać tak znane postaci jak: Souta CosplayAsato Cosplay, Keicho Cosplay i Carmen photo-cosplay.  Kolejną na liście była autorka unboxingów działająca w serwisie YouTube, czyli LenaleeNya. Jeśli kogoś bardzo interesowała fotografia i możliwość uczestniczenia w foto-sesjach – tę potrzebę mógł zaspokoić gość taki jak Marcus Photography. Gdy jednak zależy nam na obecności świetnego mówcy i konferansjera – temu zadaniu podołał wszystkim znany Bonio.

Połączenia tlk w wakacje nie sprzyjają podróżnym, toteż dwaj ostatni panowie, których wyżej wymieniłam – dotarli na teren konwentu z opóźnieniem. Jeśli chodzi o Bonia, odpowiadającego za konkurs cosplayowy – doszło do godzinnego przesunięcia całej atrakcji, co tylko podniosło emocje wśród widzów jak i potencjalnych scenicznych rywali. Nim jednak przejdziemy do wisienki na torcie, warto sobie w skrócie odnotować, co jeszcze czekało na uczestników w tym konkretnym dniu.

Wspominałam wcześniej o turniejach – a tych było sporo. Konsolroom oferował zainteresowanym możliwość wzięcia udziału w rywalizacji podczas gry Beat Saber na VR’ze, osoby zainteresowane zaś rozgrywkami z wykorzystaniem konsoli mogły śmiało dokonać pojedynku za sprawą takich gier jak: Mortal Kombat X, Hatsune Miku project diva, Naruto Shippuden Ultimate Ninja Storm 4 czy też Dragon ball Z Budokai Tenkaichi 3. Osoby bardziej zainteresowane jednak samą japońską animacją, miały okazję wzięcia udziału w wiedzówce z openingów – zorganizowanej przez ekipę “Pod Żurawiami”.

Prócz paneli, prób cosplayowych i waty…

Każdy miłośnik Maido mógł rozkoszować się obecnością uroczych pokojówek – serwujących słodkie frykasy. Jak później się okazało – wspomniana na początku relacji Księżycowa Kawiarenka, zawitała na Watcon, chociaż towarzyszyły temu pewne nieprzewidziane zmiany. Okazało się, że urocze pokojówki miały być głównym punktem gastronomicznym, jednak przez wzgląd na brak współpracy między ich ekipą a organizatorami – zmuszone były z podziemnej części budynku, przenieść się do pomieszczenia przeznaczonego dla wystawców. Nie wiadomo jednak, czy to nie wynik braku odpowiedniej komunikacji.

Nieprzewidziana konkurencja nie przeszkodziła jednak dzielnym pokojówkom w serwowaniu ciast, słodkiej lemoniady – i budowaniu atmosfery pozytywnej sielanki. Bonusową atrakcją przy ich kawiarence był bowiem ołtarz z Haruhi Suzumiyą, do którego każdy zagorzały fan miał okazję oddać należyte pokłony.

Po sąsiedzku, ludzie mieli okazję wzięcia udziału w dość fajnej inicjatywie. Stoisko dalej otwarto bowiem tzw. “Pchli Targ” umożliwiający wszystkim fanom mangi, anime i popkultury japońskiej – sprzedawanie własnych gadżetów z Japonii, tudzież nabywanie bardzo ciekawych rzeczy po przystępnych cenach. Na próbę wzięłam udział w owej możliwości – czego efektem było zyskanie kilku groszy w kieszeni (które i tak przeznaczyłam na nowe dobra hah! – przyp. autorki).

Oczywiście gdzieś między tym wszystkim kroczył Marcus – znany fotograf eventowy, bardzo popularny pośród cosplayerów i stałych bywalców konwentowych. Niczym światło we mgle, oślepiał wszystkich blaskiem flesza – dając tym samym wielu osobom szansę na zrobienie sobie rewelacyjnej foto-pamiątki na lata. Czy sprawa dotyczyła zdjęć cosplayu Rem z Re:Zero kara Hajimeru Isekai Seikatsu, czy też mniej znanych postaci lub indywidualnych kreacji rodem z Harajuku – nie miało to większego znaczenia. Jako doświadczony w robieniu zdjęć człowiek, Marcus Photography wykazał się niebywałą komunikatywnością i elastycznym podejściem do poszczególnych osób.

Największy challenge był przed nami!

Mam tu na myśli rzecz jasna Konkurs Cosplay. Przez wzgląd na opóźnienia, między godziną 16:00 a 19:00 uczestnicy rywalizacji byli poddawani próbom i zaliczyli rundę z Jury w którego skład wchodzili: Carmen, Asato i Souta. Czas na właściwą część rozgrywki nadszedł o godzinie 20:00 wraz z wkraczającym na scenę Bonio. Dzięki jego zapałowi i świetnemu prowadzeniu całego przedsięwzięcia – publika miała ciągle uśmiechy na twarzach, a uczestnicy rywalizujący między sobą, dopasowali się do wytworzonej wówczas atmosfery.

Oprócz indywidualnych występów, pojawiały się scenki grupowe. Natomiast prócz samego Jury, liczyły się również głosy publiczności – co potem zaowocowało dodatkową formą nagrody dla wybranych osób. Każdy widz miał szansę zobaczenia postaci z wybranych serii anime – od tych sportowych aż po bardziej muzyczne. Nie zabrakło oczywiście motywów idolkowych – tutaj prym wiodła Cosplayerka Czołg wraz ze swoją rockową wersją Nozomi z Love Live!School Idol Festival. Gdy mowa o wariantach kreskówkowych – wszyscy mogli oglądać bardziej ludzką wersję Spongebob’a. Nie zabrakło również postaci rodem z gier, lub z serii pokroju SW. Wszystkiemu towarzyszyła zacięta rywalizacja, dużo emocji i wiele reakcji ze strony osób obserwujących każdy pokaz. Nie zabrakło potu i łez, również wiele osób reagowało skrajnie na przedstawione wyniki – co pozwala nam stwierdzić że Konkurs i ludzie stojący za nim, dali z siebie wszystko.

Zawsze po udanej pracy przychodzi czas zabawy – co udowodniła skromna dyskoteka zorganizowana niedługo po samych zmaganiach. Krzesełka odstawiono na bok, zaś o godzinie 22:00 chętne osoby miały okazję zatańczenia i rozluźnienia się przy dobrej muzyce.

7 dzień tygodnia…🎶

Czyli niedziela. Wszystkie osoby do godziny 16:00 miały okazję na wzięcie udziału w kilku końcowych panelach i drobnych konkursach pozostawionych na sam koniec – albowiem waluta konwentowa piechotą nie chodzi. Był czas pożegnań, ostatnia szansa na spróbowanie waty cukrowej lub zagranie w wybrane gry. Zrobienie ostatnich zakupów oferowały takie stoiska jak chociażby IGU WIGU SHOP, oferując przymierzanie peruk i Pako-chan, gdzie ostało się jeszcze kilka paczuszek z niespodziankami.

Wat czy Con? Oto jest pytanie.

Gdybym miała poddać skrótowemu podsumowaniu całą imprezę – zastosowałabym ocenę 5/10.

Moje mieszane uczucia potęguje fakt tego, że wiele osób odpowiedzialnych za organizację imprezy nie wiedziało, kto odpowiada za konkretne atrakcje – lub nie potrafiło, w przypadku braku odpowiedniej wiedzy, przekierować zainteresowanych na właściwe osoby. Uczestnicy pozbawieni mapek i rozpisek w dłoniach – mogli pominąć wiele ciekawych atrakcji. Słabej jakości oznaczenia nie poprawiały sprawy.

Sama pierwszego dnia w dobrej wierze poprosiłam o to, aby ktoś przygotował większą rozpiskę (chociażby plakat) z informacją, co gdzie ma miejsce – gdyż nawet takie udogodnienie nie zostało przewidziane. Odpowiedzią na moją (i wielu innych osób) prośbę – było wywieszenie kartek a4 na drzwiach w jednym z pomieszczeń – co tylko mogli dostrzec chyba dalekowidze.

Błędy tekstowe na stronie, częściowo nieprzydatna aplikacja mobilna na telefony, chaos organizacyjny i drobne wpadki w trakcie trwania imprezy – oto główne mankamenty stojące za moją surową oceną. Ponadto przełamanie charakterystycznego symbolu tego konwentu i wprowadzenie nowych grafik – nie zdało pozytywnie testu końcowego.

Do plusów całego tego zestawienia mogę doliczyć takie elementy jak: integracja społeczna, panele tematyczne, spora liczba atrakcji, możliwość brania udziału nie tylko w konkursach ale również kreatywnego spędzenia czasu. Biblioteczka, Pchli Targ, Fotografowie, Ludzie prowadzący panele… Te elementy ratowały Watcon i przyćmiewały towarzyszące mu wady na tyle, aby konwentowicze mogli dać należytą szansę tej imprezie.

Nie możemy siebie oszukiwać.

Z jednej strony należy podziwiać decyzję – aby pierwszy raz od ponad 5 lat przerodzić niewielką inicjatywę w trzydniową imprezę, co na pewno wymagało pewnych wyrzeczeń. Z drugiej jednak duża ilość osób stojących za takim wydarzeniem – mogła zaangażować się bardziej w jego uprofesjonalnienie. Czy jest to wina lokalizacji? Czyżby przestrzeń konwentowa została zagospodarowana zbyt chaotycznie? A może przeważyły tutaj ambicje przy braku profesjonalizmu? Nie mam pewności – stąd nie nakreślę nikomu dokładnej istoty problemu.

Pewna jestem jednego. Warto poczekać przez rok i zobaczyć, jak Watcon zostanie nam zaprezentowany. Czy organizatorzy wezmą sobie uwagi uczestników do serca? Czy też znów doświadczymy paradoksu? Czas wszystko na pewno wszystko zweryfikuje.

Ze swej strony pragnę podziękować wszystkim osobom, które napotkałam w Zielonej Górze podczas tego wydarzenia. “Z watą cukrową w tle” zamykam Watconowy rozdział i życzę ekipie odpowiedzialnej za ten event samych sukcesów w przyszłości 🙂