Aby uczcić zbliżający się koniec czerwca udaliśmy się na Dni Fantastyki, odbywające się na zamku w Leśnicy w dniach pomiędzy 29 czerwca, a 1 lipca. Ale pewnie zapytacie co mangowe krewetki robiły na imprezie typowej dla fantastów? Otóż każdy ma kilka oblicz i możemy stwierdzić, że tam gdzie cosplay, tam i my. Tym razem opowiemy Wam o konwencie z perspektywy Kumy i Retyka – naszego nowego robaka morskiego!

Zamek Leśnica, wejściówki bez pokrycia oraz open space.

Słowem wstępu: Dni Fantastyki, jak wspomnieliśmy, odbyły się w urokliwym miejscu jakim było Centrum Kultury Zamek Wrocław Leśnica, które wpasowywało się w zamysł imprezy. Natomiast kwestia wejściówek i tego co oferował conplace może być sporna.

Kuma: Na start spotkaliśmy się z małą dezorganizacją, jaką było złe oznaczenie akredytacji. Wskutek tego, media chodziły po omacku za swoimi wejściówkami, a gdy udało im się je zdobyć, spotykały się z kolejnym niesmakiem, jakim był brak list imiennych. W ten sposób każdy “na twarz” mógł powiedzieć skąd jest i dostać wejściówkę. Ach te pamiętne kartki na stole i zapisywanie kim jesteśmy na szybko. Ale za to zamysł na otwartą przestrzeń wraz z wystawcami był ciekawą alternatywą.

Retyk: Cena wejściówki nie była wprost proporcjonalna względem tego, co zaoferowała. Szczerze mówiąc mam wrażenie, jakby jej możliwości ograniczały się do toalet wraz z niebotycznymi kolejkami, następnych do sal z prelekcjami oraz biednej konsolówki, która wstępem była do jedynej ratującej sytuację, olbrzymiej sali z grami planszowymi. Znajomi dobrze mnie zapewniali, że większość czasu spędzimy na dworze, kursując od jednego do drugiego punktu. Tam natomiast czułem i bawiłem się naprawdę dobrze.

Ach naturo co ty nam dasz?

Skupiając się na atrakcjach, organizatorzy dali nam 5 rozwiązań: prelekcje i warsztaty, pokazy sceniczne, social przy piwku, gry video, jak i planszowe oraz spacerek wśród wystawców. Dodatkowo gdy rozpierała nas energia, mogliśmy się wyszaleć grając w quidditcha lub walcząc na piankowe miecze.

Kuma: Osobiście skupiłam się na wystawcach, gdyż konwenty fantastyki oferują wszelakiej maści rękodzieło, które jest warte uwagi. Na szczęście go nie zabrakło, jak i znalazło się nawet miejsce dla mangowców, co było miłym zaskoczeniem. Jednakże powtarzalna oferta i wygórowane ceny były dla nich strzałem w kolano. Poza tym występy sceniczne i leżaczki skradły moje serce. Pierwszy raz miałam okazję leżeć i szamać podczas konkursu cosplay.

Retyk: Tutaj muszę się zgodzić. Stoiska była rozstawione dość klarownie, natomiast samo przemieszczanie się po lokacji wśród przyjemnego zimnego wietrzyku pobudzało do eksploracji i cieszenia się widokiem. Wszystkiego było po trochu, począwszy od gastro po jednej stronie, kończąc na wystawcach reprezentujących wszelakie gatunki rękodzieł i produktów (choć ceny niektórych były nieporównywalnie wyższe niż na zwykłych konwentach). Zadziwiały też namioty tematyczne. Kipiało od nich albo plugawym Cthulhu, albo reklamą innych konwentów z stref wszelakich naszego kraju. Plenerowe prelekcje, pokazy, a nawet wystawy oręża, z czego te ostatnie do “degustacji”, radowały oko i zajmowały czas, nadając imprezie kolorytu.

Konkurs Cosplay pod chmurką

Występy odbyły się wieczorną porą na dworze, w stworzonym na ich potrzeby amfiteatrze. Liczba cosplayerów była naprawdę imponująca, tak samo jak ich wiek. Ponadto jury stanowiło niemałe zaskoczenie, gdyż w ich trójcy znalazł się przedstawiciel każdej branży: od fotografii, przez cosplay, a na organizacji wydarzeń kończąc.

Kuma: Czas trwania może był przytłaczający przy ilości zgłoszeń(ponad 2h), ale jakość kostiumów to wynagrodziła. Szczególnie tych z jajem, jakim chociażby był Lechita, elegancko reklamujący pewną markę piwa… Również zaskoczyła mnie rola jury, jaką było omawianie stroju, jak i samego występu na żywo. Może zamysł był ciekawy, ale wprowadził jurorów w zakłopotanie, gdyż nie byli pewni czy mogą być szczerzy i w razie czego niemili przez swoje uwagi.

Retyk: Och tak, Lechita i jego kryptoreklama do teraz budzi mój podziw. Sam amfiteatr to niesamowicie dobry pomysł na organizację konkursu cosplay, tym bardziej, że pomieścił każdego zainteresowanego. Mimo to nie dał pewnego rodzaju prywatności dla występujących, którzy w swojej większej grupce ledwo co mieścili się obok sceny, będąc jednocześnie spoilerującą projekcją tego, co zaraz się na niej pojawi. Same występy przykuwały uwagę, a dogodne miejsce na leżakach umożliwiło mi obserwację w bardzo relaksacyjny sposób. Przeważnie miałem po nich dobre wrażenie, choć były i takie, które przyprawiły mnie o niesmak.

 Dni Fantastyki od poszewki

Był to konwent zarówno ciekawych rozwiązań, innowacji, jak i szukania rozwiązań na szybko. Warto poddać krytyce fakt zabraknięcia wejściówek w formie gumowych opasek na rękę z nazwą imprezy, w ramach czego zaczęto rozdawać już na początku drugiego dnia bransoletki z festiwalu piwa, który odbył się w maju. Myślę, że dobrze byłoby też zapewnić koksowniki dla uczestników, którzy zostawali do późnej nocy, gdzie wiadomo, iż o tej porze zaczyna się robić chłodno i niejedna osoba pewnie zmarzła. Za to możemy z ręką na sercu pochwalić formę identyfikatorów, jak i informator z planem atrakcji, będący kolorową książką formatu A4 z bonusami w postaci fanartów, czy opowiadań. Helperzy byli pomocni i doskonale radzili sobie w nagłych sytuacjach, chociażby w kierowaniu ruchem kolejkowym. Również stworzenie przestrzeni w postaci altanek ze skrzynkowymi siedziskami było bardzo wygodną opcją. Ponadto rozbicie strefy gastro na dwie części pozwalało zaspokoić swój głód w każdym miejscu.

Sąd krewetkowy

W ogólnym rozrachunku imprezę można zaliczyć do udanych, jednak będąc mangową krewetką spotkałam się z trudnością nawiązania kontaktu z uczestnikami. Pomimo ślicznej otoczki, dobrze zagospodarowanego czasu na atrakcje – social zabił dużą część dobrej zabawy. Niestety wpłynęło to na finalny odbiór konwentu. Z tego powodu jest mi dość przykro, wystawiając opinię nieodzwierciedlającą samych pozytywów imprezy. Ostatecznie Dni Fantastyki uważam za izolację w urokliwym miejscu.