W dniach 22-24 czerwca 2018, na terenie Twierdzy Herman Krzysztof w Nysie, odbyła się druga edycja konwentu Nyskon. Na pytanie “dlaczego w ogóle robicie taką imprezę tutaj?”, główny organizator odpowiedział – “Nysanie nie zdają sobie sprawy z tego jakie fajne forty mają u siebie w mieście, lubimy forty i konwenty, więc dlaczego nie?”. Od razu wiedziałem, że to jedna z tych imprez, na których mało kto chodzi spięty czy zestresowany..

Przed wyruszeniem w drogę…

Należy zebrać zapasy, bo do najbliższego sklepu jest pół godziny piechotą przez las. Dojazd na fort, jak i wyjazd z niego umożliwili nam przyjaciele z samochodami. Jadąc z Poznania z przesiadką miałem wrażenie, że Nysa jest na końcu świata. Dotarliśmy na miejsce w środku nocy, więc na uroki conplace`u trzeba było poczekać do rana.
Nic dziwnego, że ekipa Nyskonu wybrała właśnie to miejsce, bo jest po prostu ładne i łatwo wykorzystać jego przestrzeń oraz klimat. Tego ostatniego na pewno imprezie nie brakowało. Już w piątek trafiliśmy na biesiadę przy ognisku, a sobotni poranek, choć rozpoczął się wyjątkowo leniwie, potwierdził jednoznacznie, że oto jesteśmy na evencie, który jest zgoła inny niż te organizowane w szkołach, czy na targach.

Co ta zła pogoda zrobiła Nyskonowi?

Z racji na budowę conplace`u część atrakcji odbywała się na zewnątrz, a uczestnicy nocowali pod namiotami – słowem impreza na świeżym powietrzu jak opisywali organizatorzy. Warsztaty rzeźby w kamieniu, konkurs cosplay, występy, a nawet cały blok azjatycki, wszystko to było schowane pod dachami lekkich namiotów jeśli w ogóle. Organizując event pod koniec czerwca oczekuje się, że będzie po prostu ciepło, przecież hurr globalne ocieplenie durr… A tu, nie. Chłodno to mało powiedziane, momentami ludzie chowali się przed wiatrem i deszczem, pogoda była paskudna. Wyobraźcie sobie teraz jak odbiło się to na frekwencji. Na facebookowym evencie zainteresowanych było prawie 800 osób i choć zawsze należy tę liczbę mocno pomniejszyć, to na Nyskonie brak uczestników było widać do tego stopnia, że ciężko było ich ująć na zdjęciach. Szkoda, bo część atrakcji zwyczjanie się zmarnowała – np. w sobotę plan atrakcji w jednym z namiotów został poprzestawiany wg. woli prelegentów, bo może ktoś przyjdzie na inną godzinę. Nie przyszedł nikt nowy, były to stale te same osoby (dzięki czemu wygrałem kilka nagród z konkursów tho).

Co ciekawego, co innego niż wszędzie?

Przenieśmy się na chwilę na bramę fortu. Zaraz przed fosą stał namiot akredytacji, która działała bez zarzutów. Zaraz za nią – ogromne mury, a dalej dziedziniec, gdzie oprócz sceny znajdowały się m.in., strefa fursuiterów (jedna z nielicznych w Polsce) i kramy wystawców. Nie byli to jednak typowi wystawcy, których znacie z innych eventów. Tutaj można było kupić garść gadżetów fantastycznych, kiełbasę, oscypka albo kręconego ziemniaka. Była też strefa dla dzieci i działała świetnie. Poza dziedzińcem? Sala planszówkowa oferująca różne turniejei porządne nagrody, strefa łucznictwa, wystrzały z wiekowej broni. Organizatorzy przygotowali nawet własny escape room! Super sprawa, “krzaki stąd były wycinane jeszcze wczoraj” – mówił główny organizator gdy oprowadzał mnie po konwencie. Gdzieś po drodze minęliśmy grupę RPG przy jakimś stole ustawionym w rogu, kompletnie na dziko. W sobotni wieczór, poprzedzona występem pole dance, odbyła się gala konkursu cosplay, którą miałem przyjemność poprowadzić. Poziom strojów i zaangażowania uczestników jak i organizatorów przerósł moje oczekiwania, było naprawdę dobrze. Po konkursie schowaliśmy się przed deszczem w środku fortu, było tak zimno, że mimo koncertu zespołu nikt nie skakał. W tym wszystkim zawierały się też prelekcje z autorami, znawcami tematów przeróżnych i specjalnie zapraszanymi gośćmi, ale to nie była impreza, na której oni grają główną rolę…

Główna rola na Nyskonie okiem Krewetki

Atmosfera wspólnego spotkania, rodzinnej imprezy. To ona była najważniejsza na Nyskonie. Wysuwając daleko idące porównanie, bliżej temu eventowi do Woodstocku, niż Pyrkonu. Ale to dobrze. Dobrze, że na chwilę życie może zwolnić tempo, że jak coś się popsuje to nikt nie panikuje tylko na spokojnie rozwiązuje sprawę, że ludzie przyjeżdżają odpocząć, bo to lubią – a tego ostatnio, mam wrażenie, brakuje na konwentach coraz bardziej. Czy pojechałbym raz jeszcze do Nysy… W taką pogodę na pewno nie 😉