namicon banner

Elegancka koszula, ciemne spodnie, ciasno zawiązany krawat i marynarka – tak ubrany wyruszyłem nie na ważne spotkanie biznesowe, lecz na wrocławski Namicon CW 10. Ten nietypowy ubiór wynikał jednak z konkretnego faktu – Namicon, organizując swoje wydarzenie, chciał wciągnąć nas w świat wielkich przedsiębiorstw i korporacji. Czy mu się to udało?

Conplace

Jak zawsze, Namicon odbywał się w siedzibie Fundacji Nami, która jakiś czas temu została przeniesiona do lepszego, większego lokalu. Dotarcie do niego z dworca nie stanowiło większego problemu, a w okolicy budynku było można znaleźć wiele sklepów. Jeśli standardowe spożywczaki nie były wystarczające, to niecały kilometr dalej znajdowało się centrum handlowe! Bardziej zdziwiła mnie wielkość samego lokum – gdyby skompresować wszystkie pokoje w jeden duży, to faktyczna powierzchnia conplace byłaby prawdopodobnie wielkości średniej sali gimnastycznej. Nie przeszkadzało mi to jednak i szybko zacząłem dostrzegać plusy tego, że wszystko jest tak blisko siebie!

Co z tą korporacją?

Przychodząc na akredytację, każdy z uczestników musiał przejść krótką rozmowę kwalifikacyjną. Była to jednak mała kropla w morzu tego, co Namicon przygotował dla konwentowiczów. Każdy organizator, twórca atrakcji, wystawca, a nawet większość uczestników przystosowało swój ubiór do sytuacji i po konwencie poruszało się w eleganckich koszulach i butach. Przyznam, że widok ten na początku lekko mnie bawił, jednak koniec końców to właśnie wygląd ludzi dookoła nadawał ten niepowtarzalny klimat.

A co z atrakcjami?

Zaraz po przybyciu na konwent i zostawieniu swojego bagażu wszyscy uczestnicy zaproszeni zostali na “spotkanie firmowe”, które było uroczystym otwarciem konwentu. Nie jest to niby nic specjalnego, jednak była to kolejna rzecz oddająca klimat konwencji, a oprócz tego uczestnicy przebywający w małej sali mieli okazję do integracji.
Plan atrakcji wypełniony był po brzegi ciekawymi prelekcjami i chociaż chodzenie na punkty programu nie jest w moim stylu, odwiedziłem kilka z nich i bawiłem się świetnie. Prawie każdy panel wpisywał się w konwencję oraz prowadzony był przez doświadczonych, przyciągających uwagę uczestnika prelegentów.

Oprócz oczywistych prelekcji swoje miejsce na konwencie, pomimo ograniczonej przestrzeni, znalazły także inne atrakcje. Cały salon przeznaczony był na gry planszowe, przez cały czas trwania konwentu działała też w nim konsola, przy której grający co rusz się zmieniali. Przechodząc po conplace można także było zakupić pamiątki od stacjonujących tam wystawców. Nie zabrakło nawet gier muzycznych, takich jak DDR oraz Jubeat, których nie spodziewałbym się na tak małym konwencie. Był to naprawdę wielki plus! Trochę gorzej potraktowany został Ultrastar, który działał jedynie przez dwie godziny. Przez formę, w jakiej odbywał się konwent, było to jednak zrozumiałe – w końcu kto chciałby słyszeć nonstop krzyczących artystów – amatorów 😉

Socjal – najmocniejsza strona

Na konwencie pojawiło się trochę ponad 50 osób i chociaż liczba ta wydaje się zabawna, to właśnie to nadawało całemu konwentowi charakteru. Każdy, kto wszedł do budynku przynajmniej raz porozmawiał z każdą inną osobą, dzięki czemu wśród uczestników panowała rodzinna atmosfera i nikt nie bał się rozmawiać! Mały conplace był świetnie przystosowany do ilości uczestników – nie było czuć pustki, nie był też przeludniony. Otwartość ludzi to coś, co z roku na rok coraz bardziej zanika na konwentach, dlatego Namicon tak bardzo wyróżnia się na tle innych eventów.

Podsumowanie

Namicon to bardzo specyficzny konwent, któremu mała liczba uczestników kompletnie nie przeszkadza i mistrzowsko wykorzystuje to jako jedną ze swoich zalet. Do ostatniej minuty trwania konwentu nikt nie chciał opuszczać tego magicznego miejsca i nie dziwi mnie fakt, że niektórzy uczestnicy przyjechali na niego z drugiego końca Polski. Jeśli tylko będziecie mieli taką możliwość, odwiedźcie to wydarzenie, gwarantuję, że się nie zawiedziecie!