„Miłość rośnie wokół nas”, ale czy na pewno? Mogliśmy się o tym przekonać 24 lutego we Wrocławiu na Aishiteru 2018. Równo dziesięć dni po walentynkach The Basement zorganizowało drugą edycję konwentu poświęconego dniu zakochanych. Nie przedłużając, zaczynamy krewetkową relację.

Poproszę bilet! – I co dalej?

Akredytacja rozpoczęła się od 9.00, przy czym kolejka zataczała uroczy sznureczek. Lecz „kolejkon” nie taki straszny, gdyż były 3 stanowiska: media, rezerwacje oraz kupno biletu. Obsługa szła sprawnie, więc nie taki diabeł straszny, jak go malują. Po wypełnieniu wszystkich formalności otrzymaliśmy ident z motywem chibi pary lub samotnej postaci, w zależności od rodzaju zakupionej wejściówki. Niestety, motyw dla VIPów i mediów różnił się tylko kolorem tła od tej przeznaczonej dla par. Za to mapka z salami oraz plan atrakcji wraz z opisami zostały wydrukowane na kartkach A3.
Gdy wejściówka zagościła już w naszych łapkach, mogliśmy spokojnie zająć się walizkami, udając się na II piętro do sal przeznaczonych na sleep room. Organizatorzy zaproponowali także dość ciekawe rozwiązanie, jakim była przechowalnia bagażu dla osób, które wolały wykorzystać salę gimnastyczną jako sleep po konkursie cosplay.
Nie martwiąc się już miejscem do snu, wyruszyłam odkrywać teren szkoły konwentowej. Niestety pomimo bardzo korzystnej lokacji (10 min. spacerkiem od dworca) i łatwego dostępu do Żabki, Fresha i Biedronki, przestrzeń jaką oferował budynek przytłaczała. Tłok na korytarzach, poupychane stoiska zakrywające sale z panelami i zaduch w nich (szczególnie planszówkowej), mocno dawał się we znaki. A 300m dalej stoi przestrzenna tysiąclatka. Czemu padł wybór na tę szkołę? Tego się nie dowiemy.

Pokaż mi swoje towary – czyli słów kilka o stoiskach i atrakcjach.

Niestety, ale wystawcy na tegorocznej edycji się nie popisali. Stoisk mało, asortyment typowy: kubki, poduszki, breloczki, przypinki. A na dokładkę liczba handmade i artystów ledwie zauważalna. Mogło nas spotkać lekkie rozczarowanie, jeśli przyjechaliśmy z nastawieniem, by okupić się w gadżety i ciekawe mangi.
Natomiast, jeśli chodzi o atrakcje, pierwsze z nich rozpoczynały się już od godziny 10.00. Wśród nich znajdowały się takie perełki jak warsztaty robienia czekoladek czy śluby konwentowe z możliwością założenia kimon, które zapewniła Fundacja NAMI. Możemy zagwarantować, że emocje były ogromne, gdyż udało się nam uchwycić prawdzie zaręczyny!
Oczywiście nie zabrakło klasyków takich jak DDR, Vortex, Ultra Star (który w niedzielę był już nieczynny) czy planszówek. Warto wspomnieć o dość ciekawym games roomie. Oferował nam klasycznie konsole takie jak PS4 czy Xbox One, ale także gogle VR, na które obowiązywały zapisy. Lecz moją największą uwagę przykuła maid cafe, która oferowała smaczne, ciepłe posiłki w przystępnych cenach (ciasto o smaku zielonej herbaty na długo zagości we wspomnieniach).

„A ta kolejka to do toalet?”
Nie, na konkurs cosplay!

W teorii konkurs miał rozpocząć się o 18.00, lecz z powodu słabej organizacji helperów, którzy obudzili się z ręką w nocniku i zaczęli szykować salę 10 minut przed rozpoczęciem, powstało zamieszanie. Efekt? Tłum wygonionych, duszących się i ściśniętych jak sardynki w puszcze widzów na bardzo wąskim korytarzu. Nie byłoby większego problemu, gdyby ten stan nie trwał 30 minut. A teraz, by nie być zgorzkniałą krewetką, czas na osłodę w postaci 14 scenek, które były przyjemne. Jeżeli chcielibyśmy je pogrupować, łatwo wyłoni się podział na urocze i pełne energii oraz obfite w powagę i dramaturgię. Stroje trzymały zadowalający poziom, a widownia pokochała trollowanie prowadzących.

Co z ciebie wyrośnie Aishiteru?

Mając na uwadze problemy poprzedniej organizacji, zmiany terminu na szybko oraz zrzuceniu tego wszystkiego na The Basement, można śmiało stwierdzić, że ekipa poradziła sobie bardzo dobrze. Nie było zgrzytów, konwentowicze zadowoleni, brak większych dram. Czego chcieć więcej? Może przestrzeni, ale da się to dopracować w kolejnych edycjach. Tak więc życzymy im dalszej motywacji do pracy!

Ocena: 4 na 5 krewetek

Relacjonowała wam Kuma